index

Ilona i Rafał Byczyńscy 

Flaga Ukrainy

Herb Krymu

Flaga Krymu

Herb Ukrainy

Podróże - małe i... DUŻE

czyli wakacje 2003 na Ukrainie - Krym przez Podole

Gaspra k/Jalty - Jaskolcze gniazdo

Kiedy to się zaczęło? Nie wiem. Może w dniu powrotu z Czarnogóry, w ubiegłym roku. Nie, chyba nie. Wtedy, pijąc wieczorem znakomite czeskie piwo w Mikulovie, jeszcze nie wiedzieliśmy, gdzie pojedziemy latem 2003 roku. Byliśmy jednak pewni, że nie będzie to adriatyckie wybrzeże jednego z krajów byłej Jugosławii. Ten rejon przemierzyliśmy prawie w całości, w czasie ostatnich dwóch lat a nasza zasada, którą wyznajemy już od pierwszych turystycznych eskapad jeszcze w Polsce, brzmi: “miejsce, w którym jesteśmy teraz odwiedzimy jeszcze być może, ale nie prędzej jak za dziesięć lat”. Staramy się trzymać tej reguły. Oczywiście nie za wszelką cenę, ale generalnie obowiązuje ona przy planowaniu każdych następnych letnich wakacji. W innych porach roku bywa różnie. A już zupełnym odstępstwem od niej jest jesienny coroczny wyjazd z przyjaciółmi na grzyby, który zawsze w tym samym miejscu trwa dwa dni. Zwyczaj ten kultywujemy już od z górą dziesięciu lat. Z niektórymi bywalcami tych grzybobrań mamy okazję zobaczyć się tylko ten jeden raz w roku. Są tam zawsze najdłuższe nocne spotkania przy ognisku, w jakich zdarzyło się nam uczestniczyć.

Będąc dwukrotnie na adriatyckim wybrzeżu Chorwacji i Czarnogóry nabraliśmy ochoty na ponowny wyjazd nad ciepłe morze. Jednak człowiek z wiekiem zaczyna zwracać uwagę na wygody w podróży. Te właśnie dwie wakacyjne wędrówki, dały nam w kość, jak chodzi o temperaturę, szczególnie podczas jazdy samochodem. Stąd mocne postanowienie - wakacje w ciepłych krajach - owszem tak, ale tylko samochodem z klimatyzacją. Powiedzieliśmy - dość, trzeba samochód wyposażyć w klimatyzację lub wyposażyć się w auto z klimatyzacją. Ta druga opcja okazała się bardziej ekonomiczna. Zmianę samochodu sfinalizowaliśmy na przełomie lutego i marca, kupując autko z segmentu tzw. kombi-vanów, dość dobrze wyposażone w tym m. in. w klimę. Wtedy już wiedzieliśmy, że tym razem pojedziemy nad Morze Czarne, ale przygotowywaliśmy wyjazd przez Rumunię do Bułgarii. Zaopatrzyliśmy się w przewodniki po obu krajach oraz dość dokładne mapy obejmujące trasę przejazdu. Nazbieraliśmy też sporo wiadomości z sieci i zaczęliśmy planować drogę i program pobytu. Surfując po sieci w poszukiwaniu informacji raz czy dwa trafiliśmy na witryny opisujące dość entuzjastycznie urodę Krymu. To przecież tez nad Morzem Czarnym. No tak, ale to UKRAINA, gdzie przecież się nie jeździ, bo jest tam niebezpiecznie, kradną na potęgę itp. Sezon urlopowy zbliżał się dużymi krokami a my jak zwykle dzieliliśmy się naszymi wakacyjnymi zamierzeniami z rodziną i przyjaciółmi. I tu nastąpił wstrząs. W czasie, któregoś spotkania towarzyskiego, ktoś powiedział nam, że jego znajomi byli w ubiegłym roku na Krymie i są bardzo zadowoleni. Poprosiliśmy o kontakt i po półgodzinnej telefonicznej rozmowie z nimi wiedzieliśmy już na pewno: Krym to jest to. Mimo gwałtownego sprzeciwu części rodziny (na Ukrainę chcecie jechać - samobójcy) postanowiliśmy spróbować. Oczywiście przeszukiwanie Internetu w pogoni za praktycznymi wskazówkami dotyczącymi wyjazdu na Ukrainę, zakup map i przewodnika (“Krym. Półwysep rozmaitości”, Joanna Krajewska, Krzysztof Kuberski, Piotr Menducki, Wydawnictwo Bezdroża, wydanie II). Przed wyjazdem jeszcze gruntowny przegląd samochodu w ASO tak, aby zminimalizować ryzyko awarii, której niestety nie da się zupełnie wykluczyć. Wykupujemy też przed wyjazdem wszystkie możliwe ubezpieczenia z wyjątkiem, AC niestety. W naszej macierzystej firmie ubezpieczeniowej, gdzie mamy opłacone krajowe AC, OC i NW oraz tzw. zieloną kartę, powiedziano nam, że owszem możemy dopłacić, aby rozszerzyć działanie AC na teren Ukrainy, ale kosztuje to drugą roczną składkę. Najkrótszy i jedyny okres ubezpieczenia to rok. Inne firmy ubezpieczeniowe nie chcą słyszeć o ubezpieczeniu AC samochodu wyjeżdżającego na Ukrainę, choć wszyscy zapowiadają zmiany oraz, że możliwość taka pojawi się już niedługo. Przechodzimy nad tym wszystkim do porządku dziennego i we wtorek pakujemy się.

Tradycyjnie już parę minut po godzinie szóstej rano przekręcam kluczyk w stacyjce i ruszamy w kierunku Przemyśla. Dzisiaj mamy do pokonania odległość ok. 500 km. W Przemyślu czeka na nas zarezerwowany wcześniej nocleg w pokojach gościnnych oddziału firmy, w której pracuję. Do Przemyśla jedziemy m. in. przez Sandomierz, gdzie w położonym na uboczu zajeździe zatrzymujemy się na obiad. Aby nie przegapić okazji zobaczenia Sandomierza, wjeżdżamy do miasta, jednak oglądamy je tylko z okien samochodu. Okrążamy starówkę opłotkami. No, cóż może kiedyś wrócimy tu na dłużej. W Przemyślu lądujemy późnym popołudniem. Kwatera czeka. Po kolacji idziemy spać - jutro wcześnie rano wyjazd.

W Boże Ciało ok. godz. 6.30 zatrzymujemy się na przejściu granicznym Medyka - Szegini. Pokonanie granicy z Ukrainą to dość interesujące doświadczenie. Żadna z przekraczanych przez nas dotąd granic nie wymagała takiej cierpliwości. Znając wcześniej problem, termin dobraliśmy dość starannie. Święto i do tego jeszcze dość wczesne godziny poranne. Samochodów jest niewiele, mimo to wszystko trwa ok. dwóch godzin.

Polską część przejścia granicznego pokonujemy dość sprawnie. Wertując paszporty strażnik rzucił dwa pytania. Najpierw pytał o rocznik samochodu. Gdy odpowiedziałem, że 2001/2002, spytał jeszcze, patrząc ze współczuciem, czy pierwszy raz jadę na Ukrainę. Na ukraińskiej części dostajemy świstek papieru z informacją, że jest nas cztery osoby i podróżujemy samochodem o takim to a takim numerze rejestracyjnym. Już wcześniej wiedzieliśmy, że ów świstek służy do zbierania pieczątek. Kontrola paszportowa i celna, muszą być potwierdzone na tym papierku. Z tym bardzo ważnym skrawkiem papieru staramy się podjechać jak najszybciej do stanowisk ukraińskich pograniczników. Nie jest to proste, bowiem od miejsca wydawania tychże kwitków, kolejka się rozgałęzia. Nie bardzo wiadomo, który pas wybrać. Przy krawężniku stoi kilka samochodów, trudno stwierdzić, jaki mają zamiar, czy tylko stoją i czekają na kogoś, czy zaraz będą się posuwać dalej. Z boku w międzyczasie utworzyła się kolejka wpychających się do kolejki. Z tego względu dosłownie siedzimy na zderzaku poprzednika. Jest to konieczność, chwila nieuwagi i już jesteś n+1-szy. W kolejce przytłaczająca większość to Ukraińcy. Stan ich samochodów jest fatalny. Pasażer mikrobusu, którego widzimy przed nami, po każdym zatrzymaniu pojazdu, podkłada pod koło sporych rozmiarów kamień, ubezpieczając dodatkowo ręczny hamulec. Ze względu na konieczność natychmiastowego podciągania samochodu po ruszeniu poprzedzających aut, nikt nie gasi silnika a hałas, smród spalin i konieczność koncentracji potęgują nerwowość niektórych kierowców. Urzędnicy zdają się poruszać w zwolnionym tempie. Ci, którzy się spieszą z reguły spieszą się prywatnie, na przykład do domu. Kontrola paszportowa polega na konfrontacji właścicieli paszportów z ich podobiznami tam zamieszczonymi. Podczas lustracji należy jak najbardziej i najszybciej upodobnić się do zdjęcia w paszporcie a więc na przykład zdjąć czapkę, założyć okulary itp. Oczywiście wszyscy pasażerowie muszą pofatygować się pieszo do okienka w budce, w której siedzi odpowiedni urzędnik. O konieczności wyjścia z samochodu dowiedzieliśmy się dopiero podczas odprawy. Wróciłem, zatem do samochodu i zakomunikowałem, że niestety wszyscy musimy wysiąść. Nie wiem, co pomyślał sobie Michał, ale ni mniej ni więcej tylko wysiadł z podniesionymi rękoma, przypuszczając zapewne, że wszyscy zostaliśmy aresztowani. Odprawa celna ograniczyła się do przybicia pieczątki na kwitku i już po dwóch godzinach mogliśmy go oddać i opuścić przejście graniczne. Nikt nie dał nam żadnej karty migracyjnej, nie byliśmy też proszeni o wypełnienie deklaracji celnej na samochód, nikt też nie próbował na nas wymusić zakupu ukraińskiego ubezpieczenia medycznego dla obcokrajowców, co podobno się zdarza. Przyczyną takiego stanu rzeczy mogła być wczesna pora lub, co bardziej prawdopodobne, nowe, uproszczone zasady odprawy granicznej, które to Ukraińcy wprowadzili od 15 czerwca, czyli kilka dni temu. Podczas wielu kontroli drogowych nikt też nie życzył sobie okazania deklaracji celnej na samochód, z czego wnoszę, że przestała ona być konieczna i jak wszędzie wystarczy tylko dowód rejestracyjny auta. Wiedząc, że czasami bywają problemy z ewentualną realizacją polskiego ubezpieczenia OC, tzw. “zielonej karty”, wykupiliśmy po ukraińskiej stronie odpowiednik, co na dwa tygodnie kosztowało nas ok. 6,00 UAH.

następna>