strona_2

< poprzednia

Po załatwieniu tych formalności ruszyliśmy w stronę Lwowa. Już na pierwszych metrach dało się odczuć, że ukraińskie drogi to zupełnie coś innego niż w Polsce. Jakość nawierzchni pozostawia wiele do życzenia. Jest ona bardzo nierówna. Poza obszarem zabudowanym w zasadzie nie ma dziur ale jazda jest dość mecząca z powodu hałasu, którego nie jest w stanie wytłumić nawet francuskie zawieszenie. Na plus trzeba zapisać natomiast to, że drogi te są bardzo szerokie i posiadają równie szerokie pobocze, co niewątpliwie wpływa dodatnio na bezpieczeństwo jazdy. Natomiast ich oznakowanie jest bardzo kiepskie i sytuację szczególnie na tzw. prowincji ratuje często dokładna mapa topograficzna lub czasem nawet kontakt z tubylcami. Wszelkie znaki drogowe oraz drogowskazy umieszczone są na skraju szerokiego pobocza, co powoduje, że można je bardzo łatwo przegapić. Prowadzi to czasem do nieświadomego zagalopowania się na obszarze zbudowanym, który często oznakowany jest białą tablicą z nazwą miejscowości, daleko przed pierwszymi budynkami. A na to tylko czekają patrole Państwowej Inspekcji Samochodowej, w skrócie ДАІ (Державна Автомобільна Інспекція). Jakość dróg w miastach i wsiach oraz dróg niższych kategorii gwałtownie się pogarsza, co wymaga w tych miejscach wzmożenia uwagi, aby nie doprowadzić do uszkodzenia ogumienia, koła lub nawet zawieszenia pojazdu. Stąd przy drogach jest znaczna ilość warsztatów wulkanizacyjnych.

Do Lwowa dojeżdżamy bez problemów. Niestety nie mamy czasu nawet na krótki postój, mimo że bardzo chcielibyśmy. Przed nami jeszcze długa droga. Co prawda ze względu na kiepskie oznakowanie oraz panujący w mieście tłok, gubimy na chwilę drogę i z konieczności “zwiedzamy” z okien samochodu nowe, wybudowane już w czasach powojennych bokowiska a także fragment starego Lwowa. W końcu jednak odnajdujemy drogę na Tarnopol gdzie odbijamy na południe w stronę Zaleszczyk, miasteczka na Podolu, gdzie wychował się mój ojciec. Tata zawsze z rozrzewnieniem wspomina swoje dzieciństwo tam spędzone. Grzechem, zatem byłoby nie nadłożyć tych ok. 200 km i nie odwiedzić tego miejsca. Do Zaleszczyk jedziemy drogą M-14, mijając znane z opowiadań ojca miasteczka: Trembowlę, Czortków i Tłuste. W Czortkowie ojciec mieszkał przez kilka lat po przeniesieniu dziadka na Podole.

Franciszek Byczynski - ok. roku 1930

Dziadek mój, powstaniec wielkopolski z lat 1918/19 i uczestnik wojny polsko-bolszewickiej za udział, w której otrzymał Krzyż Orderu Virtuti Militari, po zamachu majowym w roku 1926 został przeniesiony na Podole, początkowo do Czortkowa właśnie a potem, po niedługim czasie do Zaleszczyk, na strażnicę Korpusu Ochrony Pogranicza gdzie służył do roku 1932. Zaleszczyki było to wówczas przejście graniczne z Rumunią, początkowo kolejowe, a potem po wybudowaniu mostu drogowego także i drogowe. Ze względu na urokliwe położenie miasta okrążonego z trzech stron przez czyste wody Dniestru oraz ciepły klimat, było ono też znaną miejscowością letniskową. Naddniestrzańskie plaże: cienista i słoneczna przyciągały jak magnes wielu “letników” z bliska i z daleka. Nie bez znaczenia była też zapewne bliskość rumuńskiej Bukowiny, gdzie można było zaopatrzyć się w różnego rodzaju tanie wiktuały i niedrogi alkohol (...skąd my to znamy?). Po przejściu na wojskową emeryturę (w stopniu tytularnego starszego sierżanta) w roku 1932, dziadek zajął się prowadzeniem niewielkiego pensjonatu oraz hurtowym handlem owocami. Sielanka ta trwała do 17 września 1939 roku, gdy ziemie te zostały zajęte na podstawie tzw. Paktu Ribbentrop-Mołotow przez Armię Czerwoną. Czas ten ojciec zapamiętał na całe życie. To ówczesne wydarzenia i to, co nastąpiło potem kazało mu przestrzegać mnie przed wyjazdem w tamte strony. W roku 1941 okupacja radziecka ustąpiła miejsca niemieckiej. Zarówno w czasie jednej jak i drugiej mieszkające od wieków na tych ziemiach społeczności: polska, ukraińska i żydowska zostały pchnięte przeciw sobie. Dotychczasowi sąsiedzi stali się wrogami, mimo że jeszcze kilka lat temu żyli obok siebie bez większych konfliktów. Wzajemna niechęć poszczególnych nacji była perfidnie podsycana przez okupantów. Odżył też konflikt polsko-ukraiński z końca I wojny światowej. Między Polakami a Ukraińcami powstał, co prawda niewidzialny, ale nie do przebycia mur nienawiści. W roku 1944 nadchodziło kolejne “wyzwolenie” przez Armię Czerwoną. Wtedy właśnie rodzina moja opuściła Podole, znając już wszelkie “dobrodziejstwa” władzy radzieckiej, nie chcieli oni przeżywać tego po raz drugi. Wówczas też ojciec mój widział Zaleszczyki po raz ostatni. Po latach niemal sześćdziesięciu przyszedł czas abym ja odwiedził te strony i odetchnął tym samym powietrzem, stanął w tych samych miejscach gdzie kiedyś przechadzał się mój ojciec. Takiej okazji nie można zmarnować, zrozumie to każdy, kto nie jest związany od pokoleń z tylko jednym miejscem na Ziemi.

Zaleszczyki

Do Zaleszczyk dojechaliśmy w porze obiadowej, czyli zgodnie z planem. Oczywiście nie obyło się bez pamiątkowej fotografii przy tablicy usytuowanej, przy wjeździe do miasta. Obok tablicy na drodze skręcającej w prawo jest brama mająca chyba więcej niż sześćdziesiąt lat. Może droga ta prowadzi do pałacu baronowej Turnau... Nie wiem. Jadąc dalej przywołujemy opowieść taty... Po lewej koszary, gdzie służył dziadek. Sądząc po tryzubach na bramie wjazdowej, dzisiaj tez pełnią podobną funkcję tyle, że dla innej armii. Dalej szpital nadal służący chorym. Zatrzymujemy się na małym parkingu, nieco przed wiaduktem kolejowym, gdzie widzimy napis informujący o mieszczącej się w jednym z budynków restauracji. Obok jest sklep motoryzacyjny i jeszcze parę innych. Poza nami na parkingu jest jeszcze jeden samochód, którego kierowca usiłuje go naprawić, wymieniając zapewne jakąś część na zakupioną przed chwilą w sklepiku. Wchodzimy do lokalu. Na pierwszy rzut oka bardzo skromnie. Bar, trzy czy cztery stoliki i to wszystko. Po bardzo pobieżnym zapoznaniu się z menu (ukraiński to nie rosyjski), zamawiamy pielemieni w rosole. Obsługujący nas barman-kelner nalega abyśmy przeszli do sąsiedniego pomieszczenia. Początkowo niechętnie (brak widoku na zaparkowany samochód), ale zgadzamy się. Specjalnie dla nas otwarto salę rzekłbym “balową”. Duże pomieszczenie, bardzo eleganckie, białe obrusy, sztukaterie, nisza z podestem dla orkiestry, itd. Jedyny dysonans to brak wody w toalecie, tzn. jest ale trzeba polewać nabierką z wiadra. Po obiedzie zamieniam kilka słów z kelnerem. W skrócie opowiadam mu, co mnie tu przywiodło a on mówi mi o dzisiejszych Zaleszczykach. Miasteczko nie jest już dzisiaj letniskiem. Nikt tu już nie przyjeżdża na wypoczynek. Nie funkcjonują też plaże nad Dniestrem. Mam w pamięci zdjęcie panoramy Zaleszczyk z przedwojennej pocztówki. Pytam skąd było robione. Młody człowiek daje mi wskazówki jak dojechać w najbardziej dogodnie miejsce do wykonania takiej fotografii. Jedziemy dalej przez miasto główną ulicą w kierunku mostu na Dniestrze. Za mostem kiedyś już Rumunia, gdzie ojciec mój chodził po ziemne orzeszki, których za parę groszy przynosił do domu pełne kieszenie. Na “rumuńskiej” stronie skręcamy w lewo na drogę gruntowa w kierunku na Хрещатик. Niestety nie udaje się nam dotrzeć do monastyru, skąd rozpościera się ów widok na Zaleszczyki a czas nas goni. Wracamy do miasta. Za mostem widzimy stały posterunek ДАІ i stojącego tam milicjanta, który na widok polskiej rejestracji jest nie mniej zdziwiony jak my. Ilona cały czas w trakcie jazdy przez miasto nagrywa kamerą video. Teraz parkujemy na chwilę przed kościołem p.w. św. Stanisława. Wchodzimy na chwilę do środka, filmujemy wnętrze a potem najbliższą okolicę. Pytam przechodnia jak dalej jechać na Borszczów (Борщів) i Kamieniec Podolski (Кам’янець Подільский).

Kamieniec Podolski

Gość bierze mnie pod rękę i idzie parę kroków, pokazując jak mam jechać. Bardzo uprzejmie wymieniamy grzeczności. Z Zaleszczyk wyjeżdżamy wzdłuż Dniestru. Dopiero po kilku kilometrach odbijamy na północny wschód. Z drogi podziwiamy krajobrazy poprzecinane skalistymi urwiskami i wąwozami. Za wsią Касперівці kończy się nam asfalt. Wracamy i pytamy przechodnia, czy na pewno dobrze jedziemy. Mówi, że tak i pyta czy może się zabrać, obiecując, że pokaże drogę. Zabieramy, zatem pasażera i jedziemy dalej. Wysiada w miejscowości Новосілка a my ponownie tracimy orientację w wiosce Королівка. Tym razem bierzemy do samochodu kobietę, która wyprowadza nas na wіaściwą drogę. Co prawda w pewnym miejscu każe mi jechać jakąś stromizną pod górę, co gorsze na końcu jest co prawda wyjazd na drogę ale trzeba pokonać dość wysoki próg. Szczęśliwie niczego nie urywam, a pasażerka komentuje, że odetchnęła, bo czasami stoi tu milicja, ale teraz jakoś ich nie widać.

Kamieniec Podolski

Pani wysiada a my już dalej bez przeszkód docieramy przez Borszczów do Kamieńca Podolskiego, gdzie na chwilę stajemy na zamku. Robimy parę zdjęć i kilka ujęć video, i ruszamy dalej kierując się na Chmielnicki (Хмельницкий) gdzie wracamy na główną drogę na Krym. Miasto od południa otacza obwodnica, aby na nią wjechać na rondzie muszę skręcić w prawo, co stwierdzam dość późno ze względu na kiepskie oznakowanie. Manewr skręcania wykonuję, zatem w ostatniej chwili, co podpada stojącemu tam funkcjonariuszowi DAI. Zatrzymuje on nas i jeszcze dwa inne samochody, w tym jedną ciężarówkę. Dwóch pozostałych puszcza po chwili a mnie tłumaczy, jakie to wykonałem wykroczenie najeżdżając na linię na rondzie. Twierdzi, dość zdecydowanie, że musi nałożyć mandat. Po pierwsze jestem dość już zmęczony i nie chce mi się z gościem dyskutować. Po drugie wydaje mi się, że przeczytałem dość sporo na temat kontaktów z DAI i wiem, że dyskusja nie jest wskazana, natomiast argumenty materialne odgrywają tu zdecydowaną rolę. Nieprzekonany o swojej winie (oznakowanie poziome było w zasadzie kompletnie wytarte i co za tym idzie, niewidoczne) pozwalam, aby funkcjonariusz przejął inicjatywę, zdając sobie sprawę z tego, że sprawa jest dość naciągana i zmierza do wyłudzenia pewnej kwoty oscylującej wokół 20 UAH. Na takie wydatki byliśmy przygotowani. Dość szybko jednak ów funkcjonariusz DAI zaczął sprawiać wrażenie, że nie pasuje do schematu. Na wstępie przyjął pozę uczciwego stróża prawa i uświadamiał mi, jakie to poważne wykroczenie popełniłem. Wycenił je na... 260 UAH mandatu. Spojrzał na zegarek i stwierdził, że przyjdzie mi przedłużyć pobyt w tych stronach, bowiem jest już popołudnie, banki są nieczynne a obowiązujące prawo pozwala mandat uiścić tylko w tym okręgu, gdzie został nałożony. Muszę, zatem zanocować w Chmielnickim i rano pofatygować się do banku, i wpłacić tam stosowną kwotę. W tym momencie przestało mi się to podobać. Stwierdziłem, sondując gościa, że ja mu te pieniądze zostawię i niech on to zapłaci, bo nie bardzo mam ochotę opóźniać podróż, na co on stwierdził, przepis na to nie pozwala. Jeśli tak, mówię to może dogadamy się jakoś inaczej. I tu zarysowały się pierwsze symptomy porozumienia. Tyle, że na moje 20 UAH wypiął się twierdząc, że za mało. Tu ujawnił się prawdziwy motyw jego działania – pieniądze. W końcu oskubał nas ze... 150 hrywien. Wracając do Polski, dowiedziałem się na granicy, że ponoć na Ukrainie nie ma nawet mandatów w takiej wysokości, bowiem kwoty te przekraczają wartość średniego miesięcznego zarobku. Mój rozmówca w takiej sytuacji radził dzwonić do konsulatu, bowiem padłem ofiarą ewidentnego, bezczelnego złodziejstwa. Gdybym miał zapłacić mandat za to wykroczenie zgodnie z przepisami, zapłaciłbym dużo mniej – tak twierdził mój rozmówca. No niestety, nauka kosztuje. Nieco zdenerwowani cały tym zajściem ruszamy z zamiarem dotarcia w dniu dzisiejszym do Winnicy (Вiнниця), gdzie jak twierdził nasz prześladowca, znajdziemy bez problemów nocleg w jakimś motelu. W Winnicy jesteśmy już wieczorem. Bezskutecznie szukamy hotelu z wolnymi miejscami. Sprawdzamy trzy i nic, wszystkie miejsca zajęte. W końcu ktoś kieruje nas do hotelu Jużnyj Bug (Южный Буг) gdzie są jeszcze wolne pokoje. Jest tam też strzeżony parking. Jeszcze tylko przezwyciężenie problemu z brakiem odpowiedniej kwoty w UAH (gotówka przeznaczona na ten cel poszła na podreperowanie inspekcji samochodowej). Hrywien nie mamy, dolarów nie chcą wziąć, kantor był czynny tylko do 20.00. Na szczęście jest bankomat. Zamawiamy dwa dwuosobowe pokoje, regulujemy rachunek, stawiam samochód na parking i już jedziemy windą na trzecie piętro, gdzie etażowa wpuszcza nas do naszych pokoi. I tu dociera do nas prawda, która po lekturze przewodników oraz relacji osób odwiedzających Ukrainę, powinna być dla nas oczywista – warunki w większości tamtejszych hoteli są... koszmarne. Brak wody (ciepłej i zimnej lub tylko ciepłej), mała ilość pryszniców, ubikacje w fatalnym stanie, systemu bezdotykowego tzn. “na stojąco” z ażurowymi koszami na zużyty papier toaletowy, potłuczone umywalki, brud, robactwo, dziury w ścianach, niemiła obsługa... Można wymieniać jeszcze długo. Hotel, w którym spaliśmy w Winnicy nie był jeszcze taki najgorszy. Poza jednym karaluchem, dziurą w ścianie, brudem, archaicznymi elementami armatury, rozpadającymi się meblami i wysłużonymi elementami stolarki budowlanej, nie było źle. W pokojach były ubikacje oraz łazienki z bieżącą ciepłą i zimną wodą. Było to lokum do zaakceptowania, ale tylko na jedną noc, a przecież o to nam właśnie chodziło. Jemy kolację, bierzemy prysznic i idziemy spać. Rano pakujemy się i wyjeżdżamy parę minut po szóstej. Jedziemy przez Niemirow (Немиров), Gajsin (Гайсин), Umań (Умань). Obiad jemy tuż przed Pierwomajskiem (Первомайск) gdzie też na obwodnicy miasta tankujemy. Niestety nie można pіacić kartą kredytową, ale na miejscu w hotelu i restauracji zaraz przy stacji jest kantor. Jadąc dalej uwagę naszą zwraca wieś Rakowo (Раково) położona nad rzeką Jużnyj Bug (Южный Буг). Przed każdym domostwem przy drodze, stoi mały stoliczek lub taboret a na nim garnki lub pojemniki z żywymi lub gotowanymi... rakami. Jest tego mnóstwo. Należy przypuszczać, że woda tu jest bardzo czysta. Późnym popołudniem zatrzymujemy się na punkcie poboru opłat za wjazd na Krym. Płacimy 10,- UAH i dostajemy dużą, kolorową winietkę do przyklejenia na szybę, jako dowód wniesienia opłaty. Do celu podróży zostało nam ok. 200 do 250 km. Dochodzimy do wniosku, że nie ma sensu jechać tam dzisiaj, lepiej przenocować w hotelu i ruszyć rano tak, aby poszukiwanie kwatery załatwić przed południem, by było dużo czasu na wybór i negocjacje cenowe. Postanawiamy, zatem (z pewną dozą niepokoju) przenocować w hotelu “Fantazja” (Гостиница "Фантазия") w Krasnopieriekopsku (Красноперекопск), pierwszym mieście na Krymie. Okazuje się, że wybór był trafny. W hotelu bierzemy apartament za 80,- UAH. Ten hotel mogę śmiało polecić, jest bez zarzutu. Za budynkiem jest parking strzeżony. Jedyny problem, jaki pojawił się rano, to śniadanie. Była to akurat niedziela i wszystkie lokale w pobliżu hotelu były pozamykane. Ruszyliśmy, zatem bez śniadania z założeniem, że zjemy po drodze. Po śniadaniu czekał nas przejazd przez stolicę Krymu – Symferopol (Симферополь). I znowu dziurawe ulice i złe oznakowanie, może nieco lepsze jak w centralnej Ukrainie. Ostatni odcinek drogi pokonujemy dość sprawnie, droga Symferopol - Ałuszta jest wyraźnie lepsza od tego, czym jechaliśmy dotąd. Od pewnego momentu zaczyna ona wyraźnie opadać w dół, to znak, że zbliżamy się do morza, Ałuszta leży, bowiem u wylotu górskiej kotliny w jego kierunku. Położenie to zresztą jak się później okazało, skutkuje specyficznym mikroklimatem. Masy zimnego powietrza schodzące w dół, do morza tą właśnie kotliną obniżają temperaturę w związku, z czym upały nie są tu tak dokuczliwe, ale i woda morska nagrzewa się wolniej.

następna >