strona_3

< poprzednia

Do Ałuszty docieramy wczesną porą obiadową. Zatrzymujemy się, przy Sowietskoj Płoszczadi (Советская Площадь), centralnym placu miasta, na obiad. Bar jest niewielki i serwowane porcje takie same. Jednak posileni ruszamy, w poszukiwaniu kwater. Początkowo postanawiamy szukać kwatery na własną rękę. Szukamy lokum: taniego, przyzwoitego, w miarę blisko morza z miejscem do parkowania samochodu. Po jakimś czasie dochodzimy do wniosku, że namierzenie odpowiadającej nam kwatery nie będzie tak łatwe jak myśleliśmy. Owszem są tu i ówdzie kartki z informacjami, że w domu wynajmuje się pokoje czy mieszkanie. Ale w każdym przypadku coś nam nie odpowiada. Poza tym po mieście kręcimy się po omacku, nie wiedząc jeszcze, że sukcesywnie omijamy centrum tj. ulicę Gorkiego (Горкого). W koсcu decydujemy się przepytać starszego jegomościa handlującego kwaterami, co ma do zaoferowania. Z opowiadania wynika, że jego oferta odpowiadałaby nam, jednak cena 30,- USD za dobę odstrasza nas. Gość mówi nam, gdzie możemy poszukać czegoś na własną rękę. Już po pierwszym rzucie okiem na kwatery przy ulicy gdzie zostaliśmy przez niego skierowani, dochodzimy do wniosku, że ten kierunek podał on nam tylko po to, abyśmy do niego wrócili i to jak najszybciej. Ulica, zresztą prowadząca do jakiegoś sporego sanatorium, przywodzi na myśl tylko jedno określenie - dzielnica slumsów. Domki, z reguły parterowe, wykonane ze wszystkich dostępnych materiałów wyglądają dość obskurnie. Nad dachami widać, pomalowane na czarno, zbiorniki na wodę - źródło ciepłej wody. Większość parcel jest tak mała, że nie ma tam możliwości ustawienia drugiego samochodu, poza stojącym już tam autem gospodarza. Ogólnie wrażenie dość nieciekawe. Postanawiamy jednak nie dać od razu satysfakcji naszemu rozmówcy i jedziemy na jeszcze jedną rundę po mieście. I teraz w sumie dość przypadkowo trafiamy na główną ulicę miasta w okolice dworca autobusowego. Zatrzymujemy się przed przejściem dla pieszych, aby przepuścić kilku przechodniów i wtedy właśnie podchodzi do samochodu kilka osób i przekrzykując się jedna przez drugą pytają czy nie potrzebujemy kwatery, a jeśli tak to na ile osób. Mówimy, że tak na cztery osoby i wtedy zaczyna się licytacja. Wszyscy mają to, co nas interesuje, a każdy następny reklamujący swoją kwaterę obniża cenę. Jesteśmy zakrzyczani, nie wiemy, co robić. W końcu wybieramy ofertę długonogiej blondynki: mieszkanie za 15 USD. Pani wsiada z nami i jedziemy zobaczyć, co ma do zaoferowania. Okazuje się po drodze, że jest to mieszkanie w bloku. Parking strzeżony, jest dość daleko. Gdy znaleźliśmy się na klatce schodowej wiemy już, że nie wynajmiemy tego lokum. Panuje tu potworny bałagan i niemiłosierny koci smród. Wszędzie walają śmieci, buty, resztki jedzenia dla kotów. Brud nie do opisania. Mieszkanie jest na ostatnim piętrze. Samej kwaterze nie można nic zarzucić. Czysto, schludnie. Mieszkano jest świeżo wyremontowane. Wyposażenie nowe. Jest woda, ciepła także. Szkoda, mogłoby być bardzo sympatycznie gdyby nie ta klatka schodowa. Rezygnujemy i razem z panią wracamy pod dworzec. Tu scena się powtarza. Tym razem bierzemy dwie panie, które usilnie twierdzą, że mają właśnie to, czego szukamy. Jadę według wskazówek jednej z kobiet. W pewnym momencie stajemy przed zakazem ruchu. Mówię do naszych przewodniczek, że tu chyba nie mogę wjechać, na co one odpowiadają zgodnym chórem: można, można... Zatrzymujemy się przed domem, w którym mają do zaoferowania mieszkanie. Wchodzimy, oglądamy. Wszystko jest O.K. Nawet cena - 15 USD. Brakuje tylko miejsca do postawienia samochodu. Jedna z pań proponuje, aby samochód zostawiać u niej mieszka, bowiem niedaleko i ma miejsce na swojej posesji. Nie bardzo to się nam podoba i prosimy o pokazanie czegoś innego, ale z miejscem do parkowania.

Aluszta - nasza kwatera

Jest owszem w sąsiednim domu jednak drożej – ile ma kosztować panie nie wiedzą. Idziemy, zatem obok. Trochę podejrzliwie patrzymy, gdy gospodyni przepuszcza nas na drugą stronę domu przez własne mieszkanie. Zewnętrznymi schodami idziemy na drugie piętro. Jest tu mieszkanko całkiem niezłe a przede wszystkim pachnące jeszcze nowością. Wszystko od podłogi po sufit w drewnie. Są dwa spore pokoje, każdy z mich podzielony na dwie części. Jeden meblościanką a drugi drewnianą, ażurową u góry przegrodą. Do tego kuchnia kompletnie wyposażona: lodówka, kuchenka gazowa (cztery palniki plus piekarnik), czajnik elektryczny, toster, naczynia i sztućce. Łazienka z wanną i niszą z prysznicem półautomatyczną pralką i europejskim wc. Do tego duży taras. Mieszkanie wyposażone w telewizor, magnetowid, wieżę audio z kolekcją płyt. Wszystko to bardzo nam przypadło do gustu, ale znowu wrócił problem samochodu, nie było możliwości, aby samochodem wjechać na posesję. Po chwili namysłu jednak gospodarz, montujący właśnie szafkę pod telewizor stwierdził, że wystawi swojego jeepa i będę mógł auto stawiać w jego garażu. Po krótkich negocjacjach cenowych, cena za dobę stanęła na 22 USD. Zapłaciliśmy z góry za cały pobyt. Panie, które nas przyprowadziły wzięły od gospodarzy prowizję a my zaczęliśmy się rozpakowywać. Po południu idziemy w stronę morza, aby zobaczyć najbliższą okolicę. Do plaży mamy ok. 15 minut spacerkiem. Po drodze są sklepy, stragany w pobliżu targowisko, tak, więc jest gdzie zrobić najpotrzebniejsze zakupy. Pełni wrażeń idziemy spać.

następna >